Miałam dzisiaj brać ślub!

W całym moim dorosłym życiu, o ile dobrze pamiętam, nigdy nie marzyłam o ślubie. Nie czułam potrzeby strojenia się w białą suknię, nie pragnęłam wystawnego wesela ani obietnic wspólnego życia aż do śmierci. A kiedy zaczęłam pracować w kancelarii adwokackiej i przy okazji prowadzenia spraw rozwodowych zetknęłam się z tym, jak wspólne dopóki śmierć nas nie rozdzieli wygląda w praktyce, stałam się gorącą zwolenniczką konkubinatu.

Niespecjalnie też wierzyłam w szczęśliwe zakończenia, dlatego nie ciągnęło mnie do składania deklaracji, które wydawały mi się nieprawdopodobne do spełnienia. Czy to sakramentalnej aż po grób, czy cywilnej, trochę łagodniejszej, opierającej się na obietnicy poczynienia wszelkich starań, aby małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. No jak mogłabym komuś coś takiego obiecać i naprawdę wierzyć w te słowa?! Przecież w życiu jest tyle niewiadomych!

Z Lawyerkiem znamy się od piętnastu lat. Ale wcześniej nic nie wskazywało, żeby nasze losy miały się kiedyś połączyć w wymiarze romantycznym. Nasza historia nie jest historią wielkiego wybuchu miłości od pierwszego wejrzenia. To historia długich rozmów, przyjaźni, która okazała się czymś innym, niż na początku się spodziewaliśmy. Mimo, że była ewolucją, a nie rewolucją przewróciła nasze życia do góry nogami. Nadal jednak, przynajmniej początkowo, nie zmieniła mojego podejścia do ślubu.

W listopadzie zeszłego roku wybrałam się na wycieczkę-pielgrzymkę po Bałkanach. Na wyjazd zdecydowałam się w ostatniej chwili, jako osoba towarzysząca dla mojej mamy. Lawyerek w tym czasie rezerwował dla nas grudniowy weekend w Łańcucie. Powiedział, że fajnie byłoby się wyrwać z domu i trochę odpocząć we dwoje, jeszcze przed świętami. Pamiętam autokarową trasę z Belgradu, przez Macedonię Północną do Grecji. Wtedy, gdzieś w macedońskich górach, pierwszy raz pomyślałam : Ale byłoby fajnie, jakby Lawyerek mi się w tym Łańcucie oświadczył. Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ta myśl zapaliła się i zgasła. Zupełnie o niej zapomniałam. 

W tym czasie mój przyszły narzeczony zmyślnie wykorzystywał moją nieobecność i przeszukiwał szufladę z biżuterią, celem ustalenia rozmiaru pierścionka zaręczynowego. Odrysował okrąg, wymierzył linijką, udokumentował wszystko zdjęciami tak, żeby nie musiał powtarzać całej tajemnej operacji, kiedy już będę w domu. Pełna profeska! Niemal jak zbieranie dowodów z miejsca zbrodni.

Nigdy nie marzyłam o zostaniu żoną. Ten tytuł w ogóle mnie nie kręcił. Ale kiedy padło to pytanie, nie musiałam się zastanawiać ani przez chwilę. Od razu wiedziałam, że chcę, żeby ten mężczyzna, który przede mną klęczy, został moim mężem. Weekend w Łańcucie zostanie na zawsze jednym z naszych najpiękniejszych wspomnień.

Od razu wiedzieliśmy, że chcemy skromnego ślubu, bez ogromnego weselicha. Cywilna uroczystość w gronie rodziny i przyjaciół, potem rodzinny obiad. Wiedzieliśmy też, że nie chcemy czekać i poświęcać zbyt dużo czasu na przygotowania. Szczęśliwie udało nam się zarezerwować termin w maju. Dwudziestego czwartego. 

Kiedy po grudniowych zaręczynach ogłosiliśmy, że bierzemy ślub za mniej niż pół roku, wiele osób było w szoku, kilka zapytało nawet czy jestem w ciąży. Jakby to miał być powód do przyspieszania tak poważnych życiowych deklaracji.

Dwudziesty czwarty maja. Dzisiaj.

Mam wrażenie, że zarówno od naszych grudniowych zaręczyn, jak i od styczniowego ustalania daty, upłynęły całe lata świetlne. Zmieniło się właściwie wszystko wokół. Większość czasu siedzimy w domu, nie możemy spotkać się w ulubionej knajpie z przyjaciółmi, ograniczyliśmy maksymalnie kontakty towarzyskie, a na ulicy mijamy ludzi w maskach.

Jeżeli ktoś w grudniu czy styczniu powiedziałby mi, że nasz ślub nie odbędzie się przez pandemię jakiegoś bliżej nieokreślonego koronawirusa, to prawdopodobnie bym go wyśmiała. Nawet w marcu, kiedy pojawiły się w Polsce pierwsze przypadki zachorowań, naiwnie wierzyliśmy, że do maja się to wszystko pewnie uspokoi.

Nie uspokoiło się.  Wiem, że przepisy nie wykluczają zawierania związków małżeńskich nawet w dzisiejszych czasach. Są pary, które zdecydowały się na ślub podczas epidemii, ale nie chcieliśmy robić tego w ten sposób. Mimo wszystko chcemy, żeby to była radosna uroczystość, w gronie bliskich nam osób, a nie smutne sam na sam z urzędnikiem i świadkami, w maskach i rękawiczkach. Wiem, że rządzący powoli znoszą ograniczenia, ale jakoś póki co nie wyobrażam sobie, żebyśmy organizowali ślub stresując się, że jedna osoba nieświadomie przyniesie ze sobą wirusa-niespodziankę i będziemy mieć potem zarażone pół rodziny i wyrzuty sumienia zamiast radości na nowej drodze życia.

Oczywiście, jest nam przykro. Nawet nie z tęsknoty za samą uroczystością. Po prostu chcielibyśmy oficjalnie zostać żoną i mężem. Powoli przeszliśmy jednak do porządku dziennego nad myślą, że to nie wydarzy się teraz.

Ogromnie doceniam, że możemy być razem. Ze ślubem czy bez. Że możemy się wspierać w tym niepewnym czasie. Cali, zdrowi i szczęśliwi. To bardzo cenne, zwłaszcza, kiedy patrzę co się dzieje na świecie i przecieram oczy ze zdumienia. Kilka miesięcy temu, ciężarówki wywoziły ciała z Bergamo, nie tak dawno widziałam zdjęcia ogromnych samochodów- lodówek pod nowojorskimi szpitalami, a kilka dni temu pokazywano nagranie masowych, podmiejskich mogił w Brazylii. Wiem, że dla wielu osób epidemia to żart, spisek elit czy zwykła grypa. Nie zamierzam się wdawać w dyskusje. Dla mnie to temat, do którego powinno się podchodzić z pokorą i odpowiedzialnością, nie tylko za siebie. I w którym wciąż więcej mam pytań, niż odpowiedzi.

Co będzie dalej? Zobaczymy.

Kiedy obdzwanialiśmy rodzinę i przyjaciół, żeby odwołać ślub, wielu z nich żartowało, że przynajmniej jak lockdown przetrwamy razem, to będziemy mieć pewność, że nadajemy się do wspólnego życia. 

Szczerze? Nie wyobrażam sobie lepszego kompana, zarówno na lekkie i przyjemne, jak i na trudne czasy. To człowiek o anielskiej cierpliwości, ogromnym spokoju i niespotykanie wysokim poziomie empatii. I jestem ogromnie wdzięczna za to, że jesteśmy razem. Tak, mam pewność, że nadajemy się do wspólnego życia, ale do tego też podchodzę z ogromną pokorą. Ze ślubem czy bez wiem, że budowanie wspólnego życia we dwoje, to nie jest jazda po tęczy na srebrnym jednorożcu. To ciężka i odpowiedzialna, chociaż dla mnie przyjemna praca.  

Data naszego odwołanego ślubu skłoniła mnie do zastanowienia się, czym właściwie ten ślub dla mnie jest. Wiem, że niczego nie zmieni w naszym życiu. No, może poza kwestiami formalnymi, ale one nie są dla nas istotne. Małżeństwo nie ma dla mnie wymiaru religijnego – byliśmy od początku zdecydowaniu na ślub cywilny. Zdaję sobie również sprawę, że nie jest gwarancją sukcesu w związku. Po tylu rozwodach oglądanych z perspektywy prawnika, wiem, że nic tak nie łączy dwojga ludzi, jak wspólny kredyt. Nie decydowaliśmy się na ten ślub ze względu na presję rodziny czy normy społeczne. W takim razie dlaczego?

Nie wiem. 

Nigdy nie marzyłam o ślubie, niczego on w naszym życiu nie zmieni, ale w dziwny sposób nie mogę się doczekać, aż zostanę żoną mojego narzeczonego. Nie wiem, czy to magia, miłość czy tanie sentymenty, ale w moim podejściu do małżeństwa zaszła ogromna zmiana. Dzień naszego niedoszłego ślubu spędzamy wspólnie i spokojnie. Nie mam w sobie żalu, ani złości. Czuję ogromną wdzięczność. W przyszłość patrzę z nadzieją i ogromnym apetytem na nasze wspólne życie. Chociaż wiem, że ono na pewno będzie nas próbowało jeszcze nie raz zaskoczyć, ale dopóki będę miała przy sobie mojego najlepszego przyjaciela, wszystko będzie dobrze.

Paradoksalnie epidemia i odwołany ślub jeszcze mocniej skierowały moją uwagę na to, co naprawdę ważne. To, co wydaje się tak banalne i oczywiste, że ciągle o tym wszyscy zapominamy. Oczywiście, że wolałabym dojść do tego sama, bez wszystkiego, co dzieje się teraz wokół, ale skoro już się dzieje, najlepsze co mogę zrobić, to wyciągnąć wnioski.

Drobne problemy codziennego życia, wygórowane oczekiwania czy chęć postawienia na swoim stają się o wiele mniej istotne. To, kto wyniesie śmieci, pozmywa naczynia czy nakarmi koty zupełnie przestaje być ważne. 

Cieszymy się naszym tu i teraz. 

To miał być dla nas wyjątkowy dzień. I właśnie taki jest – zwyczajnie wyjątkowy. Takich dni życzę jak najwięcej  sobie i Wam!

5 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments
Marta
1 miesiąc temu

Życzę Wam w tym dniu i w każdym kolejnym: spokoju, codziennej radości, wspólnego wsparcia i miłości oraz zdrowia.

1 miesiąc temu

Cudownie to czytać, bije od Ciebie taki spokój! Mam nadzieję, że wkrótce nadejdzie sprzyjający temu czas i zrealizujecie dopełnieniowy plan. Tymczasem bądźcie szczęśliwi i zdrowi !

8 dni temu

Hehe, ja wychodziłam za mąż dwa razy. Ani razu nie miałam białej sukni, welonu, ani wesela. Pierwszy raz było totalną głupotą, ale mam stamąd dwie czadowe córki, więc było warto, choć rozwód trwał dłuzej niż małżeństwo haha. Drugi raz był trafiony (znajomość internetowa), ale zaplanowany ślub sie nie odbył wtedy, co miał bo córka wylądowała w szpitalu z salmonellą. W tym roku obchodzimy 10lecie i na walentynko-urodziny kupiliśmy sobie bilet na pociąg do Paryża – bo z okazji 10tej rocznicy chcieliśmy pojechać na pierwszą prawdziwą randkę (przed ślubem nie spotykaliśmy się bez moich dzieci, a potem tym bardziej) i cały dzień spędzić razem bez dzieci na zwiedzaniu cmentarzy i podziemi (nasz romantyzm jest dosyć specyficzny). A tu korona! Byliśmy tego dnia na wysypisku śmieci, bo akurat już otwarli tą atrakcję i mogliśmy wywieźc nasze rupieci i zaśmiewaliśmy się z naszej romantycznej randki.
Powiem Ci, że takie utrudnienia, niepowodzenia i przygody o wiele lepiej sie pamieta i lepiej wspomina niż to co nam sie udało wyśmienicie od razu za pierwszym razem 😉