ciąża pozamaciczna

Ciąża pozamaciczna – moja historia

Osoby śledzące mnie na Instagramie mogły zauważyć, że jakiś czas temu byłam w szpitalu. Dzisiaj dojrzałam do tego, żeby podzielić się moją szpitalną historią. Ten wpis dla mnie to niejako spłata „długu wdzięczności”.  Dlaczego? Dlatego, że kiedy usłyszałam „ciąża pozamaciczna”, nie był to dla mnie aż taki szok. Czytałam o tym wcześniej u Lifemanagerki. Wiedziałam, że można przez to przejść i żyć dalej. Wpis „dziewczyny z Internetu” sprawił, że łatwiej mi było zmagać się z tym, czego doświadczyłam. Dlatego dzielę się swoją historią. Dla kogoś, kto słysząc „niech pani się zgłosi do szpitala”,  będzie szukał historii z happy endem.

Oczywiście zastrzeżenie, które wydaje się oczywiste : nie jestem lekarzem, opisuję swoją historię tak, jak ją zapamiętałam, terminami medycznymi mogę posługiwać się w sposób potoczny itd.

Ciąża pozamaciczna – moje pierwsze objawy

Historia zaczęła się niepozornie od niepokojącego plamienia przed miesiączką. Było to dla mnie bardzo niepokojące. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że może jest to osławione „plamienie implantacyjne”, o którym kiedyś czytałam, ale kilka dni później, idealnie w terminie miesiączki zaczęłam krwawić. „Okres” był wprawdzie nietypowy, dość krótki, ale za to bardzo, bardzo obfity. To chyba było dla mnie najbardziej mylące, sprawiło, że nie przypuszczałam, że w ogóle mogę być w ciąży.

Kiedy „okres” się skończył poszłam do ginekologa. Wychodzę z założenia, że każde niestandardowe plamienie/krwawienie trzeba skonsultować z lekarzem. Lekarz wykonał typowe badania: badanie ginekologiczne, USG, cytologię (na której wyniki musiałam niestety czekać ponad 3 tygodnie). Lekarz mnie uspokoił, powiedział, że niczego niepokojącego nie widzi, że mogło to być wahnięcie hormonalne, że oczywiście poczekamy na wyniki cytologii, ale ostatnia była idealna, podobnie jak poprzednie, wykonywane regularnie – zalecał spokój. 

Spokój nie jest moją mocną stroną.

Nie do końca spokojna wróciłam do domu. Wszystko było dobrze przez … 4 dni. Rano wypiłam kawę i …. Zwymiotowałam. Natychmiast. Wieczorem znowu zaczęłam plamić. Rano zadzwoniłam do lekarza (to był piątek). Powiedział, żebym w poniedziałek przyszła na wizytę.

W weekend plamienie nasiliło się, zaczęło przypominać bardzo skąpy okres. Byłam przerażona. W badaniu i USG nadal wszystko wyglądało normalnie.  Dostałam zlecenie badań krwi – jeden z markerów nowotworowych, hormony. W badaniach było też betaHCG. Badania zrobiłam od razu, na kolejną wizytę umówiłam się w środę.

Na drugi dzień (wtorek) pojechałam do Krakowa, ale przez cały dzień dramatycznie bolało mnie po lewej stronie w lędźwiach. Zdarzają mi się różne bóle z uwagi na siedzącą pracę, ale nie takie. Nie mogłam usiedzieć w autobusie. Ból był silny.

Dzień później (środa) wizyta, wyniki badań: betaHCG ponad 200. „Najprawdopodobniej jest pani w ciąży” – usłyszałam. 

Musimy to monitorować, może ciąża się rozwinie, ale biorąc pod uwagę wartości trzeba się liczyć z tym, że może to być poronienie. Tak zwana ciąża biochemiczna. Usłyszałam, że mam zrobić badanie beta HCG za dwa dni i zadzwonić do lekarza, kiedy otrzymam wynik. Wtedy odczuwałam już ból po lewej stronie brzucha. Niepokoił mnie. 

Zapytałam lekarza czy to może być ciąża pozamaciczna. Jakoś tak przypomniał mi się wpis Lifemanagerki, który czytałam wprawdzie dużo wcześniej, ale jakoś tak od razu przypomniał mi się w tamtym momencie. 

„Teoretycznie tak, ale to mało prawdopodobne”

Wyszłam gabinetu na lekko ugiętych nogach. Zadzwoniłam do Lawyerka, do mamy, napisałam do przyjaciółki.  Jak wracałam do domu to wstąpiłam do sklepu po piżamy. Sama nie wiem, czy na wszelki wypadek czy na pocieszenie. „ Kup sobie koszulę nocną, będzie Ci wygodniej w razie czego w szpitalu”-napisała przyjaciółka.

W kolejnych wynikach betaHCG bardzo nieznacznie spadło. Grzecznie leżałam w łóżku w oczekiwaniu na kolejnych kilka dni. Wiedząc, że ta ciąża i tak się nie rozwinie miałam nadzieję, że beta nadal będzie spadać i na tym sprawa się zakończy. Wiem, że to może brzmi brutalnie, ale na tym etapie wiedziałam już, że to nie jest żadna zdrowa ciąża. Że coś jest nie tak. Z dwojga złego wolałam samoistne poronienie.

Kolejne badanie za kilka dni – beta wzrosła. Za mało na prawidłową ciążę, za dużo żeby ją zostawić w spokoju. „Niech się pani zgłosi jutro rano do szpitala”.

Ciąża pozamaciczna – hospitalizacja

To dla mnie było jak grom. Nigdy nie byłam w szpitalu. Nie wiedziałam co ze sobą zabrać, jak się spakować. Byłam w szoku. Torbę do szpitala spakował mi Lawyerek. Na drugi dzień rano siedziałam w taksówce i jechałam do miasta, w którym nigdy w życiu nie byłam, bo akurat tam w szpitalu pracował mój ginekolog. Nie znam Śląska, mieszkam tu przecież od tak niedawna. Nie pozwoliłam Lawyerkowi się odwieźć do szpitala – do dzisiaj nie wiem czemu, ale człowiek w takiej sytuacji działa czasami niestandardowo.

Zgłosiłam się na izbę przyjęć. Zostałam przyjęta na oddział. Miło zaskoczyło mnie to, ze wszystko szło dość sprawnie. Jeszcze przed południem zostałam wzięta na badania. Początkowa diagnoza : podejrzenie poronienia, trzeba zrobić zabieg łyżeczkowania. Prawdopodobnie zostały tam resztki trofoblastu, dlatego betaHCG rośnie. Zabieg miałam na drugi dzień, a po nim miałam wyjść do domu, ale jedna przezorna pani doktor wpisała do karty, że mam zostać jeszcze jeden dzień, i celem zbadania betaHCG. Tuż po zabiegu było ciut niższe, to dawało nadzieję. Krwawienie też ustało.

Kolejna noc w szpitalu, kolejne badanie krwi i…beta wzrosła. Dość sporo. Kolejne badania i diagnoza : ciąża pozamaciczna. Wbrew temu co mogłam o sobie przypuszczać, wcale nie ugięły się pode mną nogi. Wiedziałam, że to nic dobrego, ale wiedziałam już, że da się to przeżyć. W pewnym sensie, po ostatnich wynikach krwi spodziewałam się tej diagnozy.

Leczenie ciąży pozamacicznej

Dostałam dwie opcje do wyboru : albo operacja i usunięcie jajowodu albo leczenie farmakologiczne. Lekarz powiedział mi, że leczenie wiąże się z możliwością niepowodzenia, wtedy i tak będzie trzeba operować, ale przy moich wynikach betaHCG wydaje mu się to bardziej optymalne.

Nie wiem czy nie była to czasami najbardziej „dorosła” decyzja z jaką przyszło mi się zmierzyć w moim ponadtrzydziestoletnim życiu.  Operacja to rozwiązanie niejako „szybsze” bardziej skuteczne, no ale… to jednak operacja. Duża ingerencja w organizm. A leczenie… wiąże się z ryzykiem niepowodzenia, też nie jest obojętne dla organizmu, bo podajemy silne leki. Nikt nie był mi w stanie podać konkretnej skuteczności leczenia. Zaczęłam szukać badań naukowych w tym temacie. Poprosiłam o kolejną rozmowę z lekarzem. Zapytałam jakie są szansę, że przy moich wynikach nagle pęknie mi jajowód i będę musiała być na cito zabierana na blok operacyjny.

Najtrudniejsze było dla mnie to, że medycyna jest wprawdzie nauką ścisłą, ale nie jest nauką teoretyczną. To nie matematyka. „Przy pani wynikach jest bardzo mało prawdopodobne, żeby ten jajowód pękł. Ale gdyby zapytała mnie pani czy miałem taki przypadek w karierze, że jednak pękł – to miałem”. Bardzo nie chciałam, żeby w moim wypadku dwa plus dwa równało się pięć.

Ciąża pozamaciczna – leczenie farmakologiczne

Wybrałam leczenie farmakologiczne. Zgodnie z tym, co w moim przypadku zalecali lekarze. Wcześniej musiałam mieć zrobione dokładne badania krwi, sprawdzone parametry wątrobowe, nerkowe etc. Wszystko było w normie. Dostałam na raz cztery zastrzyki i… pozostało mi czekać. Kolejne doby w szpitalu.

W międzyczasie miałam pobieraną krew celem sprawdzenia poziomu betaHCG. Zaczęłam również plamić, potem krwawić. Po pięciu dniach betaHCG spadło na tyle, że lekarze uznali, że terapia wygląda na skuteczną i mogę wyjść do domu. Kolejne badanie krwi, robiłam już w domu.

Nie podaję dokładnych wyników moich badań, bo nie chcę żeby ktokolwiek zasugerował się moją sytuacją. Dla mnie decyzja o wyborze farmakoterapii była bardzo trudna. Jednego wieczoru w szpitalu, kiedy bolał mnie brzuch przy każdym ruchu, jedna z pań pielęgniarek zdjęła z półki przycisk „alarmowy” i położyła tuż obok mnie na łóżku. Powiedziałam jej, że w ten sposób najprawdopodobniej  nacisnę go w nocy przypadkiem, przez sen. „Wolę żeby go pani nacisnęła przypadkiem przez sen, niż żeby pani nie zdążyła po niego sięgnąć”. To były słowa, które mną wstrząsają do dzisiaj. Wielokrotnie w szpitalu zastanawiałam się czy to była dobra decyzja.

Dziś

Jestem wdzięczna, że leczenie przyniosło efekt.

Myślę, że bardzo ważne jest obserwowanie swojego ciała. Sprawdzanie niepokojących objawów takich jak nieprawidłowe krwawienie, ból, odchylenia w wynikach badań. Czasem warto sprawdzić dwa razy. 

Warto o ciąży pozamacicznej poczytać ( np. u Mamyginekolog). Warto wiedzieć, że takie zjawisko istnieje, chociaż bardzo rzadkie, to jednak występuje.

Pobyt w szpitalu był dla mnie trudnym doświadczeniem. Od rzeczy (dla mnie) absurdalnych jak to, że usłyszałam, że pacjentki powinny mieć własny papier toaletowy po kwestie bardzo poważne. Towarzyszył mi duży strach – ciąża pozamaciczna jest stanem zagrożenia życia. Nie mogłam zobaczyć się z bliskimi – z powodu pandemii w szpitalu był zakaz odwiedzin, nie mogłyśmy też z tego samego powodu spacerować po korytarzach.

To był trudny czas, ale pomagały mi rozmowy telefoniczne z bliskimi, videocalle z Lawyerkiem,  pomachanie mu przez okno, kiedy przyjechał pod szpital, pomogła mi myśl o tym, że mogę umówić się z moją terapeutką na sesję terapii przez telefon, jeżeli będę tego potrzebować.

Tak na marginesie, w pierwszy dzień w szpitalu miałam wypełnić test, który miał sprawdzić czy nie potrzebuję pomocy psychologicznej. Kiedy test wykazał, że mieszczę się w „normie” usłyszałam, „ale niech się pani nie martwi, nawet jak wyjdzie więcej punktów, to można podpisać, że się człowiek nie zgadza i nie trzeba rozmawiać z psychologiem.” Złapałam się wtedy za głowę i pomyślałam, że nie tak to powinno wyglądać, ale to nie temat na dziś.

Po wyjściu ze szpitala musiałam nadal leżeć i się oszczędzać, po pierwsze czekałam aż beta całkiem spadnie, po drugie przy okazji ciąży pozamacicznej urosła mi duża (8cm średnicy) torbiel na jajniku. Niektórzy lekarze mówili, że powinna się wchłonąć, inni że być może potrzebna będzie operacja, to też było dla mnie dodatkowo stresujące. Na szczęście obeszło się bez operacji, dzisiaj po torbieli nie ma śladu.

Wspominam sobie ciepło moje słowa na 2022r. Akceptacja, adaptacja i troszczenie się z pewnością będą mi szczególnie bliskie w tej pierwszej jego połowie. Powoli dochodzę do siebie, szpital śni mi się coraz rzadziej.

6 komentarzy
najstarszy
najnowszy
Inline Feedbacks
View all comments
Gosia
8 miesięcy temu

Trudna historia, dobrze ze mialas pojecie na ten temat, na pewno w jakims stopniu bylo ci latwiej przez to przejsc dzieki temu. Dużo zdrówka i szybkiego dojścia do siebie😘

Ech
8 miesięcy temu

Ale z pani bohaterka… Bo była pani raz w szpitalu. 🙂 Co mają powiedzieć kobiety, które nagminnie ronią albo ktoś z dnia na dzień dowiaduje się o przewlekłej chorobie lub nowotworze?

Ola
Reply to  Ech
8 miesięcy temu

Może trochę empatii? Dla autorki tekstu na pewno nie jest to łatwa sytuacja.

M.
Reply to  Ech
8 miesięcy temu

A to są jakieś zawody kto ma gorzej?
Czasem warto przemyśleć komentarz zamim się go napisze 🤦🏼‍♀️