Nie muszę wiedzieć wszystkiego, co wiedzieć wypada

wiedzieć

Kaczmarski śpiewał kiedyś o tym jak  głupio jest żyć wśród mądrych ludzi, co świat do końca zrozumieli. Często mi się ten tekst ostatnio przypomina i nachodzi mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Przyczyną może być oczywiście moja słabość dla twórczości pieśniarza, ale mam też inne podejrzenia. Dzisiaj o tym, jak doszłam do tego, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, co wiedzieć wypada.

Ostatnio pisałam Wam o tym, że od czasu do czasu chodzę tu i tam z aparatem w ręku, dla czystej przyjemności cykam jakieś tam zdjęcia, śledząc własne braki i postępy, powtarzając sobie wyczytane gdzieś słowa, że pierwsze dwadzieścia czy tam trzydzieści tysięcy zdjęć zawsze jest najgorszych. Nie mam większych ambicji w tym zakresie poza przyjemnością i rozwojem własnym, a przy okazji rozwojem tego miejsca i sprawianiem, żeby patrzenie na nie było coraz to bardziej przyjemne.

Ostatnio na moich zdjęciach pojawiły się dziwne kropki. Tę chorobę postanowiłam zdiagnozować organoleptycznie i przy pomocy znanego wszystkim, wujka, czy też doktora googla. Jako, że obiektywy miałam czyste, wyszło mi, że najprawdopodobniej muszę coś mieć na matrycy aparatu, a wujek czy też doktor w odpowiedzi na pytanie jak się tego pozbyć odesłał mnie na rozmaite fora internetowe.

Cała masa ludzi przede mną miała ten problem, ale jak się okazuje znalezienie rozwiązania wcale nie było proste. Najpierw dowiedziałam się, że mój problem jest efektem popularyzacji fotografii cyfrowej wśród matołów. Potem, że powinnam wrzucić aparat do pralki tylko bez wstępnego namaczania, oddać matrycę do polerowania piaskiem, spróbować cokolwiek tam jest zdrapać pazurem lub igłą. Na jednym forum jakiś biedny człowiek pomylił chyba matrycę z lustrem i naprawdę szczerze byłam zdziwiona do jakich, niewinna z pozoru pomyłka, może doprowadzić skutków. Niezrażona tym wszystkim dokopałam się w końcu do rozwiązania, które uznałam za bardziej racjonalne niż użycie wybielacza czy rozbicie sobie aparatu na tej durnej głowie.

Dzięki Bogu, a raczej dzięki popularyzacji fotografii cyfrowej wśród matołów i uleczeniu aparatu z siedzącego mu w oku paprocha, zdjęcia mogę robić nadal. Ale głowa dalej wraca do tych wypowiedzi, które przeczytałam, nie mogąc się nadziwić.

Wychodzę z założenia, że warto wiedzieć dużo. Dobrze jest mieć świadomość tego, co się koło nas dzieje, co jest przyczyną a co skutkiem. O ile nie jesteśmy uwikłani w mafijno-kryminalne afery, to rzadko kiedy to, że wiemy za dużo może zaszkodzić. Dlatego, jeżeli czasem powtarzam, że im mniej wiesz tym dłużej żyjesz, nie robię tego na poważnie.

Godzę się jednak z tym, że tak jak nie można mieć wszystkiego, tak i nie można wszystkiego wiedzieć. O ile byłabym w stanie zrozumieć oburzenie na widok kardiochirurga, który nie wie gdzie jest serce, tak jakoś nie potrafię zrozumieć oburzenia na osobę, która robiąc zdjęcia nie wie jak działa aparat. 

Niewiedza w tej materii to pikuś! Nie do końca wiem jak działa samochód, którym jeżdżę, komputer na którym teraz piszę, nie wspominając już o smartfonie, którego używam non stop. Nieprzerwanie jestem zdziwiona ( i okazjonalnie wkurzona lub zachwycona) tym, jak działa moje własne ciało i mój własny umysł. Kiedy na przykład nogi w górach odmawiają posłuszeństwa, w jednej chwili mam wrażenie, że odpadną, a potem dzielnie drałują jeszcze przez kilka godzin zupełnie na swoim miejscu. I nie wiem jaka reakcja chemiczna za to odpowiada, nie potrafiłabym jej rozpisać wyrwana do tablicy. Pomimo niewiedzy co do sposobu działania, aparatu, samochodu, komputera własnych nóg i głowy nadal ich wszystkich cały czas używam.

Wychodzę z założenia, że nie zawsze brak wiedzy w danej dziedzinie musi oznaczać niemożność działania. Nie muszę znać dokładnego działania hamulców, o ile wiem, że jak na drodze jest lód, to muszę jechać dużo, dużo, dużo wolniej niż przy suchej nawierzchni, bo nie wyhamuje tak samo sprawnie. Wystarczy mi wiedzieć tyle, żebym nikomu nie robiła krzywdy swoim zachowaniem. Chociaż, gdyby brak wiedzy co do tego, jak działa czkawka sprawiałby, że nigdy bym jej nie miała, to pisałabym się na to obiema rękami.

Nie uważam, że coś wiedzieć wypada 

Długo do tego dochodziłam, ale staram się nie pielęgnować w sobie przekonania, że coś konkretnego wiedzieć wypada. Bo wypada to takie pojęcie kompletnie względne. Może wypada wiedzieć, kto jest prezydentem, ale niejeden nie wie i żyje. Wypada umieć liczyć, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie sięgnął po kalkulator. Wypada znać angielski, a cała masa jest ludzi nie zna i świetnie sobie radzi. Ba! Cała masa ludzi nie zna żadnego języka oprócz własnego, ojczystego i też mogą żyć długo i szczęśliwie. Dlatego staram się wypierać przekonanie, że coś wypada, jako nieprowadzące mnie do niczego. Zamiast tego wolę skupić się na tym, co ja chciałabym wiedzieć, a wiedzę bądź niewiedzę innych, zostawić im samym.

Pomijam tu sytuacje, kiedy wiedza jest obowiązkiem profesjonalisty. Od chirurga wymaga się, żeby wiedział co robi, podobnie od prawnika, fryzjera czy mechanika samochodowego. To pozostaje dzisiaj poza moimi rozważaniami.

Staram się nie oceniać

Drugą rzeczą, która mnie zastanowiła, jest to skąd się bierze w niektórych taka potrzeba oceny wiedzy czy umiejętności innych w danej dziedzinie. Chociaż może nie powinnam się nad tym zastanawiać nawet, bo nie mam do tego odpowiednich kwalifikacji, ale skoro już pcham się w te wszystkie rejony o których nie mam pojęcia, to wepchnę się z dywagacjami również tutaj. Sami oceniani jesteśmy od dziecka. W szkole sztywno i numerycznie. Przez otoczenie w kategorii ‚dziecko grzeczne” i „dziecko niegrzeczne”. Pracowite i leniwe, zdolne i niezdolne, mądre i głupie. Potem jesteśmy złymi albo dobrymi pracownikami, partnerami, rodzicami.

Wydaje mi się, że przez to, że jesteśmy oceniani,  rośnie gdzieś ta potrzeba opisywania i systematyzowania świata według ocen i szufladek. Przy ocenianiu kogoś nisko, można się ładnie podbudować. Ja wiem niewiele, a ten durny jeszcze mniej! Są ludzie, którzy na ocenianie innych poświęcają chyba z jedną trzecią życia. A potem swoimi ocenami zalewają fora internetowe tworząc popularne fale hejtu. Też tak można. Pytanie czy warto pozostawiam otwarte. Dlatego pomimo tego, że mi ocenianie innych też niekiedy przychodzi naturalnie to staram się tego nie robić. Nie zawsze wychodzi.

Własne zdanie

Kiedyś podczas luźnej rozmowy ze znajomym usłyszałam, że najgorsze co może być, to człowiek bez własnego zdania. Szczerze? Jestem sobie w stanie wyobrazić gorsze rzeczy. Sama jestem człowiekiem bez własnego zdania, w bardzo, bardzo, baaardzo wielu kwestiach. Miałam kiedyś taką tendencje, żeby na każdy temat mieć do wtrącenia swoje trzy grosze, ale już się na całe szczęście z tego wyleczyłam. Odkąd przyznałam otwarcie, że za krótka jestem na to, to o wiele lżej mi się żyje. Nie mam zaufania do ludzi, którzy mają własne zdanie na każdy temat. Polityki, zdrowego odżywiania, efektu cieplarnianego, aktywności fizycznej, podatków, wpływu plam na słońcu na nasze życie i tego, czy pierwsze było jajko czy kura. Eksperci od wszystkiego wzbudzają moje podejrzenia.

Czasem, jak wpadam okazjonalnie w towarzystwo takich ludzi, to uciekam gdzie pieprz rośnie. Dałam sobie przyzwolenie na niewiedzę i brak własnego zdania. Kiedy słyszę zażarcie dyskutujących – słucham. Jeżeli dyskusja mnie zaciekawi – pytam. Jeżeli czuje się kompetentna- wtrącam swoje zdanie. Nie lubię dyskusji, w której obie strony potykają się o własne argumenty, broniąc swojego zdania jak niepodległości, ślepi i głusi na to co powie druga strona, nawet jeżeli mówi celnie i idealnie w punkt. Dlatego staram się nie tracić na nie energii. Ale interesującą i inspirującą rozmową z osobą o odmiennym spojrzeniu na świat nie pogardzę.

Reasumując. Lubię wiedzieć i być na bieżąco. Dowiadywanie się sprawia mi frajdę. Uważam, że warto wyrabiać sobie opinie. Ale nie oszukujmy się, nie ma ludzi wszechwiedzących. Choćbyś miała pamięć jak Mike Ross z serialu Suits i zapamiętywała wszystko co kiedykolwiek przeczytasz, to prawdopodobnie życia ci nie starczy, żeby przeczytać wszystko, co jest dostępne na świecie. Dlatego na co dzień staram się kierować kilkoma zasadami :

Po pierwsze : słuchać, bo słuchając mogę dowiedzieć się więcej niż mówiąc.

Po drugie : nie tracić czasu i energii  na bezsensowne dyskusje, bo ten czas i energię mogę spożytkować inaczej

Po trzecie: nie oceniać. To jest chyba najtrudniejsze, ale pracuję nad tym.

Po czwarte : dać sobie przyzwolenie na niewiedzę i działanie pomimo, bo często dopóki nie zadziałam to się nie nauczę.

Dlatego nadal będę uczyła się robić zdjęcia, dzięki popularyzacji fotografii cyfrowej wśród matołów i nie rozbiję sobie aparatu o tę durną głowę. Będę jeździła samochodem, używała komputera i smartfona oraz własnego ciała i umysłu.

A na pytanie : skąd się biorą ci wszyscy ludzie, którzy wolą kupę czasu i pracy poświęcić na to, żeby komuś wytknąć cokolwiek, zamiast spożytkować je na coś pozytywnego i jaki jest ich cel, odpowiem, że … nie wiem.

wiedzieć

  • Każdy z nas jest inny. To co dla jednych jest proste i logiczne, dla innych może być trudne do zrozumienia. Warto poszerzać swoją wiedzę, ale nie ma tak, że trzeba wiedzieć wszystko, a brak wiedzy jest powodem do wstydu. Ocenianie innych wcale nie jest fajne, bo nie wiemy jakie ten człowiek ma przeżycia, zdolności i czy tak naprawdę nie jest geniuszem w jakiejś dziedzinie, a druga po prostu go zupełnie nie interesuje.

    • Zgadzam się w zupełności! Jest wiele takich dziedzin, które są dla mnie trudne do zrozumienia, pomimo najszczerszych chęci. W innych z kolei wiedza przyswaja się lepiej. Dlatego wystrzeganie się przed ocenianiem innych uważam za bardzo dobry pomysł 🙂

  • Dobrze powiedziane, oj bardzo dobrze. Ja jakiś czas temu postanowiłam uczyć się braku wstydu za niewiedzę. Jesteśmy tylko ludźmi, nie musimy wiedzieć wszystkiego i wszystkiego pamiętać ze szkoły. Niejednokrotnie pojawia się moment, kiedy chciałabym w danym temacie wiedzieć więcej. Niestety mam tak, że nawet jak o czymś czytam, szybko zapominam. Tak mam więc musze się z tym pogodzić i ew próbować rozwijać swoją pamięć. Nie lubię jednak, kiedy ktoś wyśmiewa kogoś za brak wiedzy, no chyba że mówimy tu o Twoim przykładzie serca. Wiele też z zasad, jakimi się kierujesz staram się wcielać w swoje życie. Uważam, że życzliwosć i otwartość na innych jest lepsza niż zgorzknienie i wieczna krytyka i komentarze.

    • Zgadzam się z tym co piszesz. Też zdarza mi się czasem szybko zapomnieć o tym, co przeczytałam. Moja pamięć jest pod tym względem bardzo wybiórcza. Ale żyjemy w takim natłoku informacji, że chyba nasz mózg radzi sobie z nimi w ten sposób 🙂

      • Myślisz, że mózg robi sobie miejsce na inne informacje? Tylko czemu inni więcej pamiętają – mają większy mózg? 😀 😀

        • Nie wiem 🙂 Wiadomo, że każdy ma inny próg ilości zapamiętywanych informacji, ale takich z wybitną pamięcią nie ma znowu tak wielu. To jest w ogóle ciekawy temat!
          A jeszcze inna rzecz to prezentacja naszej wiedzy otoczeniu. Znam takich ludzi, którzy nawet niewiedzę potrafią zaprezentować tak dobrze, że się patrzy na nich z otwartą buzią. To w ogóle czasem bywa cenna umiejętność:D

          • Wiedzieć dużo, wiedząc niewiele? To dopiero musi być zacna umiejętność! 😀 😀
            Mój próg niewątpliwie ostatnio coś się skurczył – próbowałam sobie przypomnieć, jaki ostatnio film oglądałam i trochę mi to zajęło 😀 Chyba muszę zabrać się za rozwiązywanie krzyżówek… 🙂

          • Mój chłopak notorycznie zapomina gdzie odkłada różne przedmioty. Portfel, klucze, dokumenty. Co drugi dzień mamy w domu akcję poszukiwawczą. To dopiero zabawa. A jego pamięć ogranicza się do : „pamiętam, że to kładłem w dobre miejsce” 🙂 Jak znajdziesz jakąś skuteczną metodę na poprawę pamięci to daj proszę znać. Chętnie na nim przetestuję 😀

          • No nie! Ktoś mnie przebił! 😀 OK, zdecydowanie się odezwę, kiedy coś wynajdę na to zapominalstwo 😀

  • Aż mi się w brzuchu fala gniewu podniosła, kiedy przeczytałam, jak Cię potraktowano (i przecież nie tylko Ciebie, bo mamy dużą demokratyzację hejtu). „Jak tak można?!” – pomyślało mi się. No ale można. Co widać w Twoim artykule. I tez dostrzegam w tym jakąś kompensację: łatwo w ten sposób poczuć się lepszym od innych i zagłuszyć swoje poczucie nieadekwatności w różnych innych dziedzinach. I choć od razu mam ochotę ocenić takich ludzi, spojrzenie ze współczuciem sprawia, że mi się odechciewa.
    Pomyślałam sobie też, że im więcej nie wiem i im bardziej się tego nie wstydzę, tym bardziej jestem otwarta na… naukę i rozwój. Więc w pewien sposób niewiedza może być nawet powodem do radości. 🙂 Od ponad 20 lat pracuję w liceum i jedną ze zmian w młodym pokoleniu jest to, że coraz więcej osób nie wstydzi się zadawać pytań. I to czasem także tzw. „głupich” pytań (np. o słowa, których użyłam, a których nie zrozumiał). Owszem, czuję, jak próbuje mi opaść szczęka, kiedy licealista pyta, co znaczy „pejoratywny”, a jeszcze bardziej, kiedy pyta, co znaczy „skwer” albo „szkółka leśna”. No ale ja tu jestem od odpowiadania, a nie od dziwienia się. I wcale nie wesprę jego rozwoju, jeśli go wyśmieję… To tak a propos dzielenia się wiedzą.

    • Te wypowiedzi nie były skierowane bezpośrednio do mnie, ja przeczytałam tylko odpowiedzi na forum na cudze zapytanie. Aczkolwiek problem mieliśmy ten sam 🙂 Zgadzam się z tym, że tak naprawdę przyznanie się do niewiedzy daję nam możliwość rozwoju. I oby więcej takich nauczycieli w szkołach! Zawsze przerażali mnie pedagodzy, którzy w odpowiedzi na pytanie ucznia serwowali mu dawkę ironii, połączonej czasem nawet z pogardą. To przykre i naprawdę czasem może zostać w człowieku na długie lata poczucie, że lepiej się nie wychylać.

  • Wszystkiego wiedzieć się nie da, grunt to żeby wiedzieć to, co jest nam do życia i szczęścia potrzebne 🙂

    • Zgadzam się w całej rozciągłości 😀

  • Jaki ten tekst jest prawdziwy. Mam dokładnie takie samo zdanie. A samo słowo „wypada” bardzo mnie irytuje, bo niby kto określa to co wypada, a co nie?

    • Dokładnie tak! To wszystko jest takie bardzo, bardzo względne. Chociaż zdarzają się tacy, co bardzo sztywno trzymają się swojego wyobrażenia o „wypada”. Ja zawsze miałam problemy z tym co wypada robić/wiedzieć. Kiedyś to było odbierane jako wada. Również przeze mnie. Teraz uważam, że takie podejście, to jednak zaleta 😀

  • Fora to doskonałe miejsce dla niedowartościowanych ludzi. Niestety,dużo łatwiej spotkać tam takowych. Bo jeśli ktoś naprawdę się zna i jest człowiekiem spełnionym,dowartościowanym to i albo się dzieli tą wiedzą,jeśli chce,albo jeśli nie chce to po prostu się nie odzywa. A głos zabierają ludzi,którzy trochę tam się znają w temacie,ale bez szału i próbują się dowartościować poniżając innych. Ale oczywiście masz rację, nie ma takiej potrzeby,żeby wiedzieć wszystko. Każdy z nas ma prawo czegoś nie wiedzieć. Miejsca w internecie takie jak fora powinny służyć temu,żeby tą wiedzą się dzielić,wymieniać. Ty wiesz coś,co możesz przekazać komuś. Ale sama jeśli czegoś nie wiesz to wchodzisz sobie na forum i ktoś może z Tobą podzielić się wiedzą. Szkoda,że tak to nie działa.

    • Coś w tym chyba jest, że bardzo często najwięcej do powiedzenia mają niekoniecznie Ci, którzy naprawdę są specjalistami w danej dziedzinie 🙂 No cóż, jedni pracują nad sobą i w ten sposób podnoszą swoją samoocenę inni… pracują nad poczuciem własnej wartości na swój sposób. Trzeba się na nich po prostu uodpornić 🙂

  • Frejka

    Uśmiałam się, aż miło. Dzięki za tego posta. Będę wpadać częściej 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa! Zapraszam serdecznie 🙂 Pozdrawiam!

Scroll to top