Castel Sant’Elia – miejsce, które skradło mi serce!

Castel Sant'Elia

Macie takie miejsca na ziemi, które nie wiedzieć czemu chwytają Was za serca? Taka miłość od pierwszego wejrzenia, tylko, że to wejrzenie skierowane jest w stronę jakiegoś fragmentu krajobrazu, lipowej alei, mgły unoszącej się w dolinie? Taki miejsca na trwałe wrysowują się w pamięć, zostają i pomagają, kiedy przychodzi gorszy dzień. Mam kilka takich miejsc, a w tym roku spotkało mnie wielkie szczęście, bo do moich wspomnień dołączyły przynajmniej dwa nowe. O pierwszym Wam już wspominałam  i było to francuskie La Salette. Drugie to włoskie Castel Sant’Elia.

Solura – Muzeum Kościuszki, urok i drobiazgi

Solura

W ostatni dzień naszej sierpniowo-wrześniowej pielgrzymki, na którą załapałam się przypadkiem, zawitaliśmy do szwajcarskiej Solury.  Solura (niem. Solothurn, fr. Soleure, ret. Soloturn, wł. Soletta) to miejscowość zupełnie nieprzypadkowa na naszej trasie, o czym zaraz Wam opowiem. Najpierw jednak, po pierwsze chciałam Wam przypomnieć, że na blogu znajdują się relacje z poprzednich części tej wycieczki ( z Północnych Włoch ( Mediolan, Lido di Jesolo, Magenta, Mesero), Monako i Nicei, La Salette i Paryża). Jeżeli jeszcze ich nie widzieliście, to serdecznie zapraszam.

Kilka wspomnień z Paryża

Przewodników po Paryżu, zarówno tych tradycyjnych, książkowych, jak i tych online możecie znaleźć całą masę. Ja w Paryżu byłam tylko przez dwa dni, więc nie będę udawać, że wiem, co warto zobaczyć w tym mieście, gdzie warto się zatrzymać, w jakie zakamarki zajrzeć. Moje zwiedzanie Paryża było specyficzne. Po pierwsze zwiedzałam z panią przewodnik, która była bardzo specyficzna. Po drugie zwiedzałam z grupą, która była pielgrzymką, co niewątpliwie miało wpływ na dobór miejsc, które odwiedzaliśmy ( o tym jak załapałam się na pielgrzymkę, możecie przeczytać w pierwszym wpisie z tej serii – o Mediolanie). Niemniej jednak chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami z Paryża! Od wyjazdu minęło trochę czasu i chciałam Was zaprosić dzisiaj do obejrzenia kilku wspomnień ze stolicy Francji.

La Salette – spacer po francuskich Alpach.

Pora na trzecią część moich wrażeń z sierpniowego wyjazdu. Pokazywałam Mediolan, Mesero i Magentę, później Monako i Niceę. Wszystkie te miejsca wywarły na mnie duże wrażenie, ale dzisiaj wpis o najjaśniejszym punkcie całej wyprawy. O miejscu, o którym niektórzy mogliby powiedzieć, że przecież nic tam nie ma, ale dla mnie był to zdecydowanie najprzyjemniejszy i najlepiej przeze mnie zapamiętany punkt całej wycieczki. Do tej pory na wspomnienie La Salette i naszego spaceru po francuskich Alpach robi mi się ciepło na serduchu.

Mediolan, czyli o tym jak załapałam się na pielgrzymkę

Mediolan i Lawyerka

Ci którzy mnie znają, dobrze wiedzą, że podróżniczka i wyjazdowiczka ze mnie taka sobie. Przed każdym wyjazdem ( a zwłaszcza wylotem) łapię gorączkę przed podróżą. Reisefieber wkradło się do mojego słownika na dobre. Przed każdym wyjazdem skrupulatnie planuję listę potrzebnych rzeczy, czytam o miejscach do których się udaje i nie ruszam się z domu bez czeklisty. Dlatego, kiedy w pewną sierpniową sobotę ( albo niedzielę) odebrałam telefon z propozycją wyjazdu, w czwartek, na 10 dni, autobusem, na wycieczkę objazdową, moją pierwszą reakcją było no way! Nigdy!

Starorobociański Wierch. Moje wrażenia z Tatr Zachodnich.

Starorobociański Wierch

Ten, kto śledzi tego bloga wie, że góry kocham miłością absolutną. Pokazywałam Wam wypady w Gorce, Pieniny w Beskid Wyspowy czy Żywiecki, a nawet góry Gran Canarii. Przyszła w końcu pora na Tatry. Tym razem Tatry Zachodnie. W ubiegłą sobotę miałam okazję po nich wędrować po raz pierwszy, ale mam nadzieję, że nie ostatni. Przeszliśmy piękną, dwudziestopięciokilometrową trasę z Doliny Chochołowskiej przez Starorobociański Wierch i Kończysty Wierch. Starorobociański Wierch jest najwyższym szczytem po polskiej stronie Tatr Zachodnich. Liczy sobie 2176 m n.p.m..  Jeżeli jesteście ciekawi moich wrażeń ( i zdjęć z Tatr Zachodnich) to zapraszam!

Wąwóz Homole, Wysoka, Biała Woda, czyli wycieczka w Pieniny

Mój ulubiony sposób na spędzanie wolnego czasu? Wycieczka w góry! W górach dla mnie wszystko wygląda i smakuje lepiej. Zmęczenie daje przyjemność, upał nie przeszkadza, myśli płyną wolniej, wszystko bardziej cieszy. Tym razem wybraliśmy się w Pieniny, chociaż początkowo w planach mieliśmy Gorce. Pieniny to dla mnie góry szczególne. Tutaj przyjeżdżałam jako dziecko, później jako nastolatka. To takie „moje” miejsca i krajobrazy. Tym razem postawiliśmy na porządny, kilkunastokilometrowy spacer, z nie byle jakimi atrakcjami. Odwiedziliśmy Wąwóz Homole, a w drodze powrotnej Rezerwat Biała Woda, zahaczyliśmy również o najwyższy szczyt Pienin. Wysoka liczy sobie 1050m n.p.m, jest odrobinę wyższa od bardziej popularnych w tych rejonach Trzech Koron.

Perć Akademików – Akademicka Perć. Na Babią Górę szlakiem żółtym ( dużo, dużo zdjęć)

Pierwszą letnią sobotę spędziliśmy na Babiej Górze.  Tego dnia obudziłam się niewyspana i jadąc w stronę Przełęczy Krowiarki gdzieś dudniło mi w głowię, że nie wiem czy mam siłę na całodzienny, wymagający spacer. Ale starałam się nie marudzić. Zostawiliśmy samochód na „krowiarkach” i szlakiem niebieskim poszliśmy w stronę schroniska na Markowych Szczawinach. Opisywałam Wam tę trasę w zeszłym roku. W tym czasie mniej więcej grupa zadecydowała, że na szczyt pójdziemy żółtym szlakiem. Przez tzw. Perć Akademików. Nigdy wcześniej nim nie szłam, z lekką obawą pomyślałam „czemu nie?”

Scroll to top